Stanąć na dwóch nogach

Nazywa się Leszek Hallmann, ma 34 lata, mieszka w Sopocie. Waży 130 kilogramów, a mierzy 164 centymetry. Tak na oko ?kawał szafy?.

Trenuje intensywnie od pięciu lat. W międzyczasie został już dwukrotnie mistrzem Europy, jest też wicemistrzem olimpijskim z Atlanty. ?Poprawkę? będzie zdawał w Sydney.Jest tytanem pracy. Gdy ktoś przypisuje mu posiadanie dużego talentu, przez co należy rozumieć siłę wrodzoną odpowiada, że prawda jest tylko częściowa. Bo kiedy inni ćwiczyli dwie godziny, on męczył się dwa razy dłużej.

-Ja odbiegałem od rówieśników warunkami fizycznymi – wspomina -bo oni dysponowali lepszymi cechami motorycznymi, a to jest przecież podstawa w każdym sporcie. Z tego powodu miałem ograniczoną sprawność ogólną. Koledzy robili dziesięć skłonów na brzuch, a ja ani jednego. Minęły dwa lata i byłem najlepszy, ale tyrałem o wiele więcej niż oni.Siła psychiki to cecha, którą Leszek najbardziej w sobie ceni. Dzięki niej potrafi wykrzesać z siebie maksimum koncentracji w decydującym momencie. Zawsze jest tak, że podnosi więcej w czasie zawodów niż na treningu. Nic ani nikt nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi podczas turnieju. Kiedy kibice krzyczą, że tego czy tamtego ciężaru nie podniesie, w Leszku włącza się jakaś czerwona lampka, oznajmująca ?wysoki stan przekory?. Nie podniosę? Ach, wy tacy nie tacy! Ja wam pokażę.

I pokazuje.

-W świadomości mam zakodowane takie jedno hasło: ?Przecież jeżeli ktoś coś robi, to i ja mogę!? – śmieje się Leszek.

Wypadek nastąpił dziesięć lat temu. Leszek wpadł pod ciężarówkę. Zmiażdżone podudzie nie nadawało się już do wyleczenia, trzeba było ciąć…

Załamał się, stracił chęć do życia. Z psychicznego dołka długo wyciągali go rodzice.

-Oni są fantastyczni – stwierdza dziś Leszek. – Ciężko było i nie wiedziałem już, co ze sobą zrobić, ale oni mi pomogli stanąć w jakiś sposób na utraconej nodze.

Był zapaśnikiem. Mówi, że niezłym, jego koledzy wyrażają się o nim z najwyższym uznaniem. Utrata nogi dla człowieka, który mozolnie ale efektywnie pnie się na sportowe szczyty to ogromna klęska. Można stracić chęć do życia. Leszek był właśnie w takim nastroju. I dlatego przy każdej okazji opowiada, ile wysiłku włożyli rodzice w jego drugie narodziny.

Dzisiaj jest już innym człowiekiem. Rozsadza go radość życia i oczywiście chęć bicia rekordów przez długie lata.

Nie palił się do treningów ze sztan-gą. Przyszedł raz na trening, potem drugi i trzeci raz. Uznał, że to wystarczy. Szdoda czasu i tyle. Zresztą po tym wypadku nie był w najlepszej formie psychicznej, raczej w najgorszej.

Po dwóch tygodniach do jego domu zapukał trener.

-No, co jest z tobą? Masz chodzić na treningi i koniec!

Nie dał mu dojść do głosu. Musiał obiecać, że przyjdzie, a gdy mimo wszystko nie przyszedł, trener nadal przychodził i namawiał.

Upierdliwy był jak wszyscy diabli

-wspomina go dzisiaj Leszek, ale już bez pretensji. – Przychodził, namawiał, obiecywał… Szlag mnie trafiał od tej jego gadaniny! W końcu poszedłem, żeby uwolnić się od niego. Ot, tak dla świętego spokoju. Ćwiczyłem i nawet nieźle mi szło. Wystartowałem w zawodach. Jeden sukcesik, drugi, trzeci i zaskoczyłem. Teraz bardzo sobie cenię tamtą upierdliwość, bo co-bym robił, gdybym nie trenował? Pewnie bym chlał!

Wycisnął nie tak dawno 238 kilogramów. O pół kilograma więcej niż wynosi rekord świata wśród niepełnosprawnych. To duża satysfakcja. Trenuje codziennie, robi różne ćwiczenia, między innymi ugięcia na biceps z ciężarem 80 kilogramów bez żadnego huśtania się, ale na miesiąc przed wielkimi zawodami ogranicza się do wyciskania w leżeniu. Ciężar jest duży, daje się podnieść co najwyżej trzy razy pod rząd. Leszek uważa, że wytrzymałość dobrze jest ćwiczyć w tak zwanym pustym sezonie, natomiast w okresie startowym trzeba ćwiczyć przede wszystkim siłę.

Z pobłażaniem obserwuje czasami zawody pełnosprawnych kolegów, którzy do wyciskania na ławce używają specjalnych gumowych koszulek.

-W naszym gronie nikt nie stosuje takich protez! – mówi z przekąsem. – Przecież to niczym nie uzasadniony handicap dla zdrowych! Raz spróbowałem wycisnąć w takiej koszulce, podniosłem o 20 kilogramów więcej niż zwykle, a więc jest to niesportowa gra. Albo używa się własnych mięśni do podnoszenia ciężarów, albo specjalnych podpórek! Ale gdy potem pisze się o rekordach, trzeba zawsze dodać, że rekordzista wystąpił w koszulce, która ?sama? podnosi ciężar!

Do niedawna jeździł fiatem 126 i ledwo się w nim mieścił. Teraz kupił opla Rekorda, w którym może się upchać. Trudność polega na tym, że Leszek utracił prawe podudzie, czyli brakuje mu stopy, która by mogła naciskać pedał hamulca i pedał gazu. Początkowo były kłopoty, no bo jak tu przestawić protezę w szybko zmieniających się warunkach ruchu drogowego? Zwykle w takich wypadkach producent przygotowuje wóz z możliwością manipulacji ręcznej. Leszkowi nikt niczego nie przygotował, samochód jest zwyczajny, kupiony z drugiej ręki. Trzeba było ?nauczyć? protezę szybkiego refleksu. Udało się, bo Leszek nigdy nie poddaje się przeciwnościom losu.

Ma trójkę rodzeństwa. Gdy pytam, czy podobni do niego, śmieje się:

-Nie, to ja jestem niepodobny do nich! Brat waży około 60 kilogramów, w całej rodzinie same szczupaki i mizeroty. Nie wiem, co się stało, że tak odbiłem od nich.

Bez problemu zrobi sto pompek pod rząd. Trudno to sobie wyobrazić, bo zazwyczaj na taki wyczyn stać kulturystę typu ?żyła?. Ale Leszek ma znakomite przygotowanie wytrzymałościowe. Chętnie pływa. Uważa, że ograniczanie się do przerzucania żelastwa nie usprawnia mięśni w pełni. Więc kładzie protezę na brzegu jeziora i rusza do wody. Pływa godzinę lub półtorej non stop. Początkowo bolą ręce, bo inna praca mięśni niż przy sztandze, ale stopniowo przyzwyczajają się do długotrwałego wysiłku.

W przyszłości chciałby utworzyć klub integracyjny, w którym sprawni ćwiczyliby razem z niepełnosprawnymi. Przekonał się niejeden raz, że ma dobrą rękę. Swoim entuzjazmem potrafi zarazić takich, którzy nigdy jeszcze nie ćwiczyli.

-W każdym człowieku tkwią jakieś możliwości, trzeba tylko umieć je odszukać – powiada. – Nie musi to być od razu ciężarowiec. Może być skoczek lub biegacz. Trzeba takich wyłowić i przekazać ich odpowiednim specjalistom. Gdy widzę, że ktoś podczas treningu ze sztangą domen-struje talent, któryby można wykorzystać w innej dyscyplinie, to zaraz przekazuję chłopaka innemu trenerowi.

Od czasu do czasu Leszek organizuje turniej dla niepełnosprawnych. Są nawet wśród nich ludzie z porażeniem mózgowym. Turniej nie polega na dźwiganiu dużych ciężarów, ma charakter zabawowy, w grę wchodzą różne konkurencje. Okazuje się, że osoby, które nie reagują na polecenia swoich wychowawców czy opiekunów, robią wszystko, aby zasłużyć na uznanie Leszka.

-Panie Leszku! – mówią zdziwieni współorganizatorzy.

-Oni patrzą w pana jak w obraz!

Leszek uśmiecha się, zresztą uśmiech często gości na jego twarzy, widocznie tego ludziom potrzeba. Kto wie? Może zostałby świetnym wychowawcą, gdyby nie to, że jest wyczynowcem najwyższej klasy i niewiele ma czasu na robienie czegoś innego?

Nie jest łatwo wyrobić finansowo na zapewnienie wszystkich potrzeb zawodnikowi, który waży 130 kilogramów. Na szczęście znaleźli się sponsorzy, którzy wspomagają mistrza jak tylko mogą.

Marek Sieniawski, właściciel firmy sprzedającej sprzęt sportowy i odżywki ?dokarmia? Leszka proteinami. Tadeusz Słowik, właściciel firmy wędliniarskiej, ?dzieli się? z Leszkiem swoimi wyrobami. Janusz Pisarski, szef zakładów gastronomicznych, wspiera go odpowiednimi sumami pieniężnymi. Firma ?PJ? szyje dla niego ubrania treningowe. Urzędy misat Gdyni i Sopotu fundują co jakiś czas nagrody.

Mieczysław Krawczyk, szef Basketball Investments? przyjął Leszka do pracy, gdy był on w potrzebie, mimo że akurat basketball to naprawdę coś bardzo dalekiego od ciężkiej sztangi.

Bez sponsorów nie dałby sobie rady, chociaż jest zdyscyplinowany, pracowity i pilny. Na złoty medal dla jednego musi dziś pracować więcej osób.

Marzy mu się kawałek ziemi na wsi. Hodowałby tam konie. To takie hobby ukształtowane jeszcze przed kilkunastu laty. Uczył się wtedy jazdy na koniu i dobrze mu szło.

-Oczywiście nie może to być jakaś chuda szkapa – reflektuje się zaraz Leszek – ale mocne konisko, żeby nie zarwało się pode mną.

Za sobą ma też szkołę muzyczną, uczęszczał do klasy akordeonu. Ale o graniu nie myśli.

-Tego byłoby już za wiele! – kręci zdecydowanie głową.

-Ciężary, konie i muzyka? Do czegoś takiego nie umiałbym dobrać właściwej tonacji! Na razie pozostaję przy sztandze.